Właściciel firmy z kilkuset lokalizacjami powiedział mi kiedyś: „Mam zarząd, mam dyrektorów, mam kierowników. I nadal jestem jedyną osobą, która myśli o przyszłości."
Nie mówił tego z dumą. Mówił to ze zmęczeniem. Bo firma rosła, ale cały rozwój strategiczny nadal zależał od jednego człowieka. Zarząd zajmował się operacją. Dyrektorzy gaszeniem pożarów. Kierownicy bieżączką. A pytania typu „gdzie będziemy za trzy lata?" i „co się zmieni na rynku?" zadawał tylko właściciel. I sam sobie na nie odpowiadał.
Po czym poznać, że masz ten problem
Zanim przejdę dalej, sprawdź u siebie. Jeśli rozpoznajesz trzy lub więcej z tych sytuacji, prawdopodobnie Twoja firma potrzebuje kogoś, kto zajmie się rozwojem systemowo:
Jedyną osobą inicjującą strategiczne zmiany w firmie jest właściciel. Zarząd i dyrektorzy skupiają się wyłącznie na bieżącej działalności i nie mają czasu na myślenie w kategoriach średnioterminowych. Firma reaguje na zmiany rynkowe z opóźnieniem, bo nikt ich systematycznie nie monitoruje. Projekty rozwojowe zaczynają się z entuzjazmem, ale umierają po kilku tygodniach, bo nikt ich nie pilnuje. Na pytanie „jaka jest nasza strategia na najbliższe dwa lata?" w firmie panuje cisza.
To nie jest kwestia złych ludzi. To jest kwestia tego, że w firmie nie ma nikogo, czyim zadaniem jest patrzenie do przodu.
Dlaczego zarząd tego nie zrobi
Jest taki moment w rozwoju firmy, kiedy właściciel dochodzi do ściany. Firma jest za duża, żeby sam ogarniał wszystko, ale zarząd z natury rzeczy koncentruje się na wynikach bieżącego kwartału. I to nie jest zarzut. Tak jest skonstruowana większość systemów motywacyjnych i tak działa ludzka psychologia. Ludzie, niezależnie od deklaracji, z natury dążą do stabilizacji. Strategiczne myślenie o przyszłości wymaga optyki właścicielskiej, a tę ma w firmie bardzo niewiele osób.
Dlatego z mojego doświadczenia właściciel powinien zostawić sobie rozwój tak długo, jak jest w stanie. To jest ostatnia funkcja, którą powinien oddawać. Ale w pewnym momencie nawet najlepsza presja właścicielska przestaje być wydolna. I wtedy pojawia się potrzeba kogoś, kto będzie „mieszał w garnku" zawodowo.
Ludzie od rozwoju mieszają w garnku
To jest chyba najlepsza metafora na tę funkcję. Dział rozwoju to ludzie, którzy nie dają organizacji się ustabilizować. Monitorują rynek i strategię. Zadają niewygodne pytania. Inicjują zmiany i pomagają je przeprowadzić. Pilnują, żeby firma nie popadła w stagnację, bo na dynamicznym rynku stagnacja to cofanie się.
W firmie, w której sam budowałem tę funkcję, dział rozwoju pełnił kilka ról jednocześnie: strategiczną (analizy, poszukiwanie szans, monitorowanie realizacji celów), zarządzania zmianą (portfel projektów, doskonalenie procesów) i systemową (budowa narzędzi zarządzania, KPI, system pomiaru). Stanowiliśmy też łącznik między IT a biznesem, co „odkorkowało" wieczne problemy z niewydolnymi zasobami rozwojowymi.
Operacyjnie wspieraliśmy menadżerów z core-biznesu, którzy z racji specyfiki muszą skupiać się na bieżącej działalności. Nie mają czasu myśleć o tym, co za rok. My mieliśmy.
Ryzyko, o którym nikt nie mówi
Ale jest druga strona medalu. Dział rozwoju, źle obsadzony lub źle osadzony w strukturze, potrafi narobić więcej szkody niż pożytku.
Po pierwsze, kompetencje wymagane na tym stanowisku są rzadkie. Potrzebujesz kogoś, kto myśli optyką właścicielską, rozumie strategię, umie zarządzać zmianą i ma odwagę kwestionować status quo. To profil, który na rynku praktycznie nie istnieje w gotowej formie.
Po drugie, jest ryzyko, o którym mało kto mówi wprost: dział rozwoju, przejmując kontrolę nad procesem zmiany, tworzy nieformalny ośrodek władzy. Jego drogi będą się krzyżować z zarządem. To jest miejsce, w którym firma musi mieć kogoś w pełni lojalnego, nie tylko dobrego i dobrze opłaconego. Nie oddawajcie tego obszaru przypadkowej osobie.
Od czego zacząć
Nie każda firma potrzebuje działu rozwoju. Ale jeśli rozpoznajesz u siebie symptomy, które opisałem wyżej, trzy rzeczy możesz zrobić w ciągu najbliższego miesiąca:
Wyznacz jedną osobę, która przez najbliższe 90 dni będzie odpowiadała za monitorowanie jednego strategicznego tematu. Nie całą strategię. Jeden temat: nowy rynek, zmiana regulacyjna, optymalizacja kluczowego procesu. Sprawdź, czy ktoś w firmie jest w stanie patrzeć do przodu, gdy dostanie na to czas i mandat.
Zrób przegląd inicjatyw rozwojowych, które toczą się w firmie. Ile ich jest? Kto za nie odpowiada? Ile z nich ma jasny cel i sposób pomiaru? Z mojego doświadczenia w większości firm okaże się, że połowa z nich nie ma ani sponsora, ani uzasadnienia.
Zadaj sobie jedno pytanie: gdybyś jutro wyjechał na miesiąc, kto w firmie inicjowałby zmiany strategiczne? Jeśli odpowiedź brzmi „nikt", to jest Twój sygnał, że czas zacząć budować tę funkcję.
Buduj ją ewolucyjnie, nie rewolucyjnie. Nie stawiaj od razu dużej struktury. Zacznij od jednej osoby, jednego tematu, jednego kwartału. Jeśli zadziała, rozszerzaj. Firmy, które budowały działy rozwoju od razu na pięć osób, najczęściej kończyły z pięcioma osobami szukającymi sobie zajęcia.
A jeśli jedyną osobą myślącą o przyszłości firmy jest właściciel, to firma nie ma strategii. Ma tylko dobre intencje jednego człowieka.