Właściciel firmy mówi mi: „Mam świetnych ludzi, ale wszystko i tak kończy się na mnie."
Pytam: „Ile decyzji operacyjnych podjąłeś wczoraj?"
Liczymy razem. Wyszło czterdzieści trzy. Czterdzieści trzy decyzje, z których większość mógłby podjąć kierownik, gdyby wiedział na jakiej podstawie je podejmować. Ale nie wiedział, bo nie było ani standardu, ani procesu, ani jasnego podziału odpowiedzialności. Więc szedł do właściciela. Bo tak było najszybciej.
Znam tę sytuację, bo widziałem ją w kilkunastu firmach. I za każdym razem diagnoza brzmiała tak samo: „ludzie nie dowożą".
Po czym poznać, że to Twój problem
Zanim przejdę dalej, sprawdź u siebie. Jeśli rozpoznajesz trzy lub więcej z tych sytuacji, prawdopodobnie nie masz problemu z ludźmi:
Wymieniłeś już kilku menedżerów, a wyniki dalej Cię nie satysfakcjonują. Pracujesz ponad 10 godzin dziennie i większość tego czasu to decyzje operacyjne. Na pytanie „kto jest właścicielem procesu X?" nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ludzie przychodzą do Ciebie z problemami, bo nie wiedzą na jakiej podstawie podjąć decyzję sami. Firma bez Ciebie przez tydzień zaczyna się „sypać".
Jeśli tak, to z mojego doświadczenia problem prawie nigdy nie leży w ludziach. Leży w systemie.
„Ludzie nie dowożą"
To jest chyba najczęstsze zdanie, jakie słyszę od właścicieli. Zaraz po nim pojawia się drugie: „muszę wszystko kontrolować, bo jak nie ja, to nikt". I trzecie, logiczna konsekwencja dwóch poprzednich: „nie mam czasu na strategię".
Problem polega na tym, że ta diagnoza jest prawie zawsze błędna. W dziewięciu na dziesięć przypadków „ludzie nie dowożą" to nie jest diagnoza. To jest wymówka właściciela, który nie zbudował systemu. Ludzie pracują w środowisku bez jasnych procesów, bez właścicielstwa, bez mierników. W takim środowisku nawet dobry człowiek zaczyna czekać na decyzję z góry, bo nie wie na jakiej podstawie ma ją podjąć sam.
A właściciel, zamiast myśleć dokąd firma ma iść za trzy lata, spędza dzień na gaszeniu pożarów, które sam (pośrednio) powoduje.
Prawdziwa diagnoza
Pracowałem z firmami od kilkudziesięciu do kilku tysięcy lokalizacji. I jedno obserwuję wszędzie: właściciele, którzy utknęli w operacji, najczęściej nie mają problemu z ludźmi. Mają problem z brakiem systemu.
Gdy pytam „kto jest właścicielem procesu od zamówienia klienta do faktury?", zazwyczaj dostaję ciszę. Albo odpowiedź, która mówi wszystko: „wszyscy trochę". A „wszyscy trochę" w praktyce oznacza „nikt konkretnie".
Kiedy nikt nie jest właścicielem procesu, nikt go nie mierzy, nie doskonali, nie ponosi za niego odpowiedzialności. A gdy coś idzie nie tak (a zawsze coś idzie nie tak), problem ląduje na biurku właściciela. Bo nie ma gdzie indziej lądować.
Ownership, nie delegowanie
Rozwiązanie nie polega na „lepszym delegowaniu". Delegowanie bez systemu to tylko przerzucanie problemów. „Deleguj więcej!" Świetnie. Komu? W jaki system? Na jakiej podstawie? Możesz delegować ile chcesz, ale jeśli nie ma systemu który to podtrzymuje, za tydzień wszystko wróci na Twoje biurko.
To co naprawdę działa, to ownership procesowy. Prosty koncept: każdy kluczowy proces w firmie ma jednego właściciela. Tego właściciela obowiązują jasne cele i mierniki. Wie za co odpowiada, jak jest oceniany i jakie ma narzędzia do podejmowania decyzji.
W każdej firmie, w której to wprowadzaliśmy, wydarzało się to samo: ludzie, którzy „nie dowozili", nagle zaczynali dowozić. Ci sami ludzie, te same kompetencje, ta sama firma. Jedyne co się zmieniło to kontekst, w którym pracowali.
KPI jako bezpieczniki, nie baty
Osobna kwestia to mierniki. W wielu firmach widzę jedną z dwóch skrajności: albo nie mierzą niczego (bo „ja wiem jak jest"), albo mierzą wszystko i toną w raportach. Obie prowadzą do tego samego: mikrozarządzania.
Dobry KPI nie służy do tego, żeby rozliczać ludzi. Służy do tego, żeby ludzie sami wiedzieli czy idzie dobrze. To bezpiecznik, nie bat. Jak kontrolka w samochodzie: dopóki się nie zapali, nie musisz zaglądać pod maskę. A gdy się zapali, wiesz dokładnie co sprawdzić.
Kiedy ludzie mają swoje KPI i widzą jak na nie wpływają, dwie rzeczy dzieją się jednocześnie: przestają potrzebować właściciela do codziennych decyzji i zaczynają sami szukać sposobów na poprawę wyników. Bo to już nie jest „praca dla szefa". To jest ich proces, ich wynik.
Od czego zacząć
Wyjście z operacji do strategii nie jest rewolucją. To proces, który możesz zacząć od trzech kroków w ciągu najbliższego miesiąca:
Wybierz jeden kluczowy proces i wyznacz mu właściciela. Jednego. Z jasnym celem, jasnymi miernikami i jasnymi granicami decyzyjności. Nie pięć procesów naraz. Jeden.
Zdefiniuj 3 KPI, na które ten właściciel patrzy co tydzień. Nie dwadzieścia. Trzy. Takie, po których od razu widać czy jest dobrze.
Przez miesiąc nie ingeruj. Najtrudniejszy krok. Ale jeśli system jest dobrze ustawiony, ludzie zaczną dowozić. Ci sami ludzie, których wczoraj uważałeś za słabych.
Ludzie nie są słabi. Słabe bywają systemy, w których muszą pracować. A jeśli wszystko w firmie kończy się na właścicielu, to nie jest firma. To jest bardzo drogie stanowisko pracy.